Leszek Olszański
Ekonomista, redaktor, menedżer. Na co dzień zarządza stronami wyborcza.biz i pieniadze.gazeta.pl, od święta pisze utwory jak Dziennikarstwo internetowe oraz Media i dziennikarstwo internetowe. Pisuje też na Facebooku i Twitterze.
RSS


Blog > Komentarze do wpisu

New York Times podbije świat? Nie tak szybko

Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg w

“New York Herald Tribune!” - szczupła studentka ostrzyżona na człopczycę, w firmowej koszulce, z naręczem gazet uwija się między limuzynami na Polach Elizejskich. Właśnie zaczynają się lata 60-te a my oglądamy “Do utraty tchu” Jean-Luc Godarda. Niedługo na ulicy odwiedzi dziewczynę Michel, młody zabójca w zawiadiackiej fedorze, pragnący uczynić ją towarzyszką swej szalonej ucieczki.


O tym, by w równie niezapomniany sposób przejść do historii kina co europejska mutacja “New York Herald” marzyć mogą bez porównania bardziej szacowne i utytułowane marki z samą “Szarą damą” na czele. Losy gazety choć znacznie dłuższe, były niemniej pokręcone, niż filmowych bohaterów. Założona 1887 jako “Paris Herald”, była kolejno przejmowana przez “New York Tribune”, “Washington Post” i “New York Timesa”, by w końcu, jako wspólna własność dwóch ostatnich zmienić nazwę na “International Herald Tribune” i na lata trafić do bagażu podręcznego bywalców większości lotnisk świata.


Najnowszy akt historii właśnie się dopełnia. “IHT”, przejęta w 2003 roku przez “NYT” na przestrzeni 2013 r. zmieni nazwę na “The International New York Times” by stać się narzędziem światowej ekspansji amerykańskiego tytułu. Większość posunięć firmy z zapartym tchem śledzą wydawcy z innych kontynentów. Do niedawna wszyscy trzymali kciuki za wyniki internetowej płatnej subskrypcji NYT, której sukces mogliby potraktować jako dobrą wróżbę dla własnych podobnych działań.  Teraz coraz częściej zaczynają postrzegać w NYT potencjalnego konkurenta, który wyciągnie lokalnym czytelnikom pieniądze z kieszeni, zanim im uda się tego dokonać. Przede wszystkim...

1. … “IHT” w obecnej postaci to raczej kiepska odskocznia. “NYTimes” do światowej kariery prze (trudno powiedzieć na ile jest to działanie konsekwentne) już od pewnego czasu. Wyparcie “łagodną perswazją” współudziałowca z IHT w 2003 roku można by uznać za jeden z pierwszych przejawów realizowania takowej strategii. Zarówno przed jak i po przejęciu “IHT” była dość kiepską “gazetą międzynarodową”. Okupujący lotniskowe kioski dziennik funkcjonował raczej jako niezbędnik dla podróżującego Amerykanina spragnionego informacji z kraju. W epoce internetu model ten stawał się coraz bardziej archaiczny i już na początku wieku był dość powszechnie wyśmiewany z powodu podwójnie antydatowanych informacji (problem światowego druku i kolportarzu), przestarzałej formuły, przywiązania do gromadki felietonistów-dinozaurów itp. Trudno spuściznę po tytule traktować jako szczególnie cenny kapitał, z drugiej strony trudno się dziwić wydawcy, że ostatecznie postanowił przenieść “dziobaka na kaczych łapach” do muzealnej gablotki.

2. Ogólny problem z “międzynarodowymi gazetami” w Polsce (i pewnie w innych krajach) jest prozaiczny - pisana zwyczajnie są mało interesujące dla rodzimego odbiorcy. Nie piszę tu żadnej herezji. Problem nie w tym, że są nieciekawe, (choć też nie są dziełami nadludzi), problem, że są adresowane do kogo innego.
Wiem, co piszę, bo przez dwa lata przeglądałem archiwa “NYT”, “Forbesa” i “Guardiana” w poszukiwaniu ciekawych artykułów do wykorzystania w kraju. Zabawa okazała się ostatecznie niewarta zachodu. Zdecydowana większość tekstów jest beznadziejnie zagrzebana w lokalną i sublokalną politykę, gospodarkę, lokalnych celebrytów, lokalne afery kryminalne. Choć Kukiz, przed przeobrażeniem się w prawicowego polityka nauczył nas, że “my są już Amerykany”, to punktów zaczepienia jest zaskakująco niewiele. Oczywiście gazeta jest jako-tako znana i cytowana na całym świecie. Mieszkańcy większych miast z wyższym wykształceniem pewnie nawet potrafią odróżnić ją od brytyjskiego “Timesa”, nauczyciele angielskiego zadają artykuły z “NYT” swoim uczniom jako domowe lekturki. W imponującej, liczącej 640 tysięcy ludzi rzeszy internetowych prenumeratorów “NYT” tylko 10 proc. pochodzi spoza USA i nie dysponujemy informacją, jaka grupa z tych 10 proc. to amerykańscy ekspaci, pracownicy multinationali itp., a nie rdzenni mieszkańcy innych krajów. Deklaracje, że “w oczywisty sposób chcemy zwiększyć ten odsetek”, są mocno optymistyczne.

3. Co tytuły jak “The International New York Times” (tak, w uszach nejtiwów to brzmi równie niezgrabnie jak “Międzynarodowa Gazeta Krakowska”) są w stanie zrobić, to granie roli medium uzupełniającego, dostarczającego mieszkańcom innych krajów informacji ze świata, w jakimś stopniu wypychając z tej roli lokalnych dziennikarzy. “IHT” ta rola wybitnie nie wychodziła. Papierowa sprzedaż spadała z 260 tys. w 2002 r. do 220 tys. w 2011. Ten trend z pewnością się nie odwrócił. Jej sprzedażą online firma nigdy się nie pochwaliła, należy się więc spodziewać, że stanowi drobny odsetek subskrypcji sprzedanych przez NYT. 10 tekstów miesięcznie, które gazeta udostępnia niepłacącym czytelnikom to, dla przeciętnego przedstawiciela zabieganej polskiej (rosyjskiej, niemieckiej, japońskiej) inteligencji doprawdy wystarczająca liczba. Czy uda się ją podnieść na tyle, by zaczęli tłumnie sięgać do portfeli? To nie jest pewne, zważywszy, że oprócz lokalnych tytułów konkurować będzie z innymi dużymi międzynarodowymi potęgami, jak o wiele bliższa Europie i lepiej okopana na międzynarodowym rynku medialnym BBC, Financial Times, dostępny wciąż za darmo Guardian, Wall Street Journal, którego firewall jest również dość porowaty i coraz silniejszy zestaw anglojęzycznych mediów blisko i dalekowschodnich specjalizujących się w obsłudze swoich regionów.
Tworzenie międzynarodowej edycji nie należy zatem postrzegać jako próby skutecznego konkurowania z lokalnymi wydawcami, to raczej próba nadgonienia czasu i rynku straconego wobec innych anglojęzycznych konkurentów. To, co zaprezentuje “INYT” musi być naprawdę wybitne, by ściągnąć rzesze czytelników.

4. Znacznie poważniej wyglądają próby lokalnego konkurowania za jakie NYT zabiera się w krajach BRICS, konkretnie w w Chinach i - w przyszłości - Brazylii. Tutaj już mamy do czynienia, w pewnym stopniu, z treściami tworzonymi specjalnie na użytek danego kraju. I z dużym zapotrzebowaniem na nie, jako że kraje BRICS, zwłaszcza Chiny, niezależnych mediów, poza zagranicznymi, nie posiadają praktycznie w ogóle. Mocny strzał, który NYT zgotował na otwarcie swojego chińskiego oddziału - artykuł o bogactwie chińskiego premiera Wen Jiabao zasługuje na uznanie, ale jego autor, David Barboza jest korespondentem centrali, nie dziennikarzem lokalnym. 30-osobowa chińska redakcja, mocno posiłkuje się tekstami ze Stanów i Europy. Nie znam chińskiego, więc muszę się trochę domyślać, ale na otwarciu widzę tłumaczony materiał o irańskich zapaśnikach, oprócz tego na stronie głównej Kevin Spacey, Bradley Manning, Benedykt XVI, elektrownia w Fukushimie, teksańscy producenci whiskey, iPhone5, Netflix, nowojorska moda.
Jest też np. artykuł o wyrokach śmierci w Państwie Środka, ale czy to wystarczająca dawka, by strona stała się hitem dla lokalnego odbiorcy?
Próbując sobie odpowiedzieć na to pytanie nie sposób nie wspomnieć dotyczasowych prób zawładnięcia polskim rynkiem przy pomocy lewara w postaci zagranicznej marki prasowej, które (nie wliczając magazynów, który przynosiły tutaj głównie logo, a nie treści) z zasady kończyły się porażką. Od lat swoimi artykułami Polskę szturmuje “Wall Street Journal”. Teoretycznie, jako gazeta ekonomiczna dysponuje przewagą - jakaś grupa ludzi może chcieć czytać go z zawodowych pobudek. Mimo to nie ostały się ani jego kolumny drukowane w “Gazecie Wyborczej”, firmowana przez “WSJ” wkładka i internetowy serwis ekonomiczny zniknęły razem z “Dziennikiem Polska-Europa-Świat”, a obecna współpraca redakcji z Wall Street z Presspubliką na razie nie wydaje się zwiastować spektakularnego sukcesu. Trochę śmiech bierze czytając któreś z rzędu deklaracje “Jesteśmy jedynym partnerem WSJ w Polsce i planujemy zacieśnienie współpracy (choć nie powiemy jak)”.

5. “New York Times” o czym warto pamiętać, ma na koncie podobne wywrotki na swoim własnym podwórku. Dość dawno, około 30 lat temu próbował uruchomić osobne wydanie na zachodnim wybrzeżu USA. Trudno znaleźć o tym epizodzie szczegółowe informacje, niemniej powraca on we wspomnieniach czytelników. Całkiem niedawno z podobnym skutkiem otwarł na krótko wydanie w San Francisco. To oczywiście przedsięwzięcia trudno porównywane i nakierowane na wydania papierowe. A jednak pokazują, że wielki sukces odniesiony przez wydawnictwo w konkretnym miejscu, pod konkretnym tytułem nie skaluje się na inne przedsięwzięcia.

Jakbym nie patrzył, to wychodzi mi, że lokalni wydawcy powinni obawiać się wielu rzeczy, ale raczej nie “International New York Timesa”. A tak w ogóle, to wiedzieliście, że swoją karierę “NYT” zaczynał jako gazeta prawicowa? Jeszcze w 1872 r. tytułował się “jedyną republikańską gazetą w Nowym Jorku”. Dwadzieścia lat później, po zmianie właściciela gazeta obwieściła “Teraz będziemy demokratyczni”. Słodkie.


niedziela, 03 marca 2013, lesheque

Polecane wpisy